Lekcja

Wyszłam z ukrycia.

Pokazałam kilka prac i moja wolność się skończyła. Rozumiem to zakłopotanie artysty kiedy osobiście pokazuje swoje prace. Z żadnej reakcji w zasadzie nie jest zadowolony. Aplauz – jeśli szczery to fantastycznie, ale jeśli to zwykła uprzejmość albo brak znajomości rzeczy? Krytyka – mało kto sobie na nią tak zwyczajnie pozwoli, chyba, że nieczuły cham albo zazdrosny rywal. A takie tam… interesujące… ciekawe…nooo… – to znaczy, że jest całkiem źle! Jest jeszcze próba przemilczenia tego co się widzi – horror. Zasadniczo nie ma dobrej reakcji. Każda daje twórcy do myślenia, każda wtrąca w otchłań rozterek. Tylko po co te rozterki? Przecież w tym akcie tworzenia jestem ponad tym wszystkim. Kiedy odkładam narzędzia, jak chirurg po operacji, to chyba powinnam wiedzieć do cholery czy pacjent żyje i jak rokuje?
No dobra, dostałam od kolegi po garach. Niby nic konkretnego, ale ustawił hierarchię uczeń i mistrz, gdzie moja rola jest oczywista, bo jestem na początku. Żadnej krytyki, tylko ten kredyt wyrozumiałości dla adepta sztuki. Co ja z tym robię? Otóż idę do pracowni i tę mieszaninę uczuć wylewam przed siebie. Mam swoje lata, branie lekcji w tym wieku to nie lada wyczyn. I jeszcze to przekonanie o własnych doświadczeniach… oj doskwiera! To wszystko nagle się nie liczy, a ja muszę wrócić do ławki po lekcję. I biorę ją. I dziękuję. Popełniłam dzieło i poczułam ulgę i to wszystko jest w tej pracy. Obraz jest słowem. I cieszę się na ten dialog.